Powinien kazać jej czekać.
Z głową pełną domysłów oraz kłębiących się myśli Christian Michael Allardyce, szósty markiz Dearne, zszedł z wolna po schodach Klubu Niezdobytych. Sączył właśnie w bibliotece whisky, pogrążony w zwykłym przygnębieniu, gdy majordomus klubu, Gasthorpe, przekazał mu wiadomość.
Wezwanie, by stawił czoło przeszłości.
Przeszłość czekała na niego we frontowym salonie, pomieszczeniu, które pozostałych sześciu właścicieli – byłych agentów najbardziej tajnej i ekskluzywnej służby Jego Wysokości, twórcy klubu-schronienia przed naprzykrzającymi się damami z towarzystwa – uznało za dostępne dla tychże dam. Choć podczas minionych miesięcy zasada ta bywała permanentnie łamana, tym razem Gasthorpe uznał – najzupełniej słusznie – iż tę akurat damę należy wprowadzić do najbardziej oficjalnego pomieszczenia w klubie – frontowego salonu.
Naprawdę powinienem kazać jej czekać – pomyślał.
Przed dwunastoma laty przyrzekła, że to ona będzie na niego czekać, tymczasem pojawił się inny i kiedy Christian tkwił, głęboko zakonspirowany, w rządzonej przez Napoleona Europie, złamała z lekkim sercem daną obietnicę, zakochała się i poślubiła pana George’a Randalla.
Była teraz panią Letitią Randall.
Nie markizą Dearne.
Głęboko w sercu, w miejscu, którego nikt i nic nie zdołało od dawna poruszyć, nadal czuł się zdradzony.
Była panią Letitią Randall od ośmiu lat. Choć wrócił do Anglii przed niespełna rokiem i obracali się w tym samym, wąskim kręgu, nie zamienili dotąd słowa. Ani ukłonu. Zważywszy, co kiedyś ich łączyło, nie był w stanie zdobyć się choć na to, aby pochylić przed nią głowę. Zdawała się to rozumieć; chłodna i pełna rezerwy, jakby nigdy nie byli sobie bliscy – nie byli kochankami – utrzymywała z rozmysłem dystans.
Aż do teraz.
Christianie –
Potrzebuję Twojej pomocy. Poza Tobą nie mam do kogo się zwrócić.
L.
To wszystko, co napisała – list niósł jednak o wiele głębszą treść, niż przekazywały słowa.
Schodził powoli po stopniach. Powinien kazać jej czekać, lecz nie miał pojęcia, co przywiodło ją na próg Klubu Niezdobytych. Nie potrafił też sobie wyobrazić, jak zdołała skłonić służbę w domu przy Grosvenor Square, by powiedziała, gdzie go szukać. Kamerdyner Percival stanowił wzór doskonałości – nic poza siłami natury nie mogło go zmusić, by zignorował sformułowane jasno polecenie chlebodawcy.
Z drugiej strony dama, okupująca właśnie frontowy salon, stanowiła swego rodzaju siłę natury – i to od najwcześniejszego dzieciństwa.
Zszedł z ostatniego stopnia i spojrzał z uwagą na drzwi salonu. Były zamknięte. Mógł odwrócić się i odejść, zmuszając ją, by czekała przynajmniej dziesięć minut. A nawet piętnaście. Desperacja przebijająca z listu gwarantowała, że będzie czekać. Nie potulnie – potulności nie było w jej repertuarze – zaciśnie jednak zęby i poczeka, aż będzie łaskaw się z nią zobaczyć.
Kusiło go, by ją zranić, jak ona zraniła jego, i to tak skutecznie, iż mimo upływu lat rana dalej krwawiła.
Ulotna woń jaśminu sprawiła, że podszedł do drzwi.
To tylko ciekawość, przekonywał samego siebie, sięgając do klamki. Nie zaś przemożny, nieodparty pociąg, który kiedyś ich połączył – i nadal sprawiał, że mimo dwunastu lat oddalenia i ośmiu lat rozczarowań potrafili wyczuć swoją obecność na odległość.
Pociąg, który sprawiał, że Christian nadal cierpiał.
Uzbroił się wewnętrznie, po czym otworzył drzwi i wszedł do salonu.
Pierwsze, co go zaskoczyło, to jej żałoba.
Zatrzymał się w progu, oceniając sytuację.
Siedziała w jednym z foteli, ustawionych z boku niewielkiego kominka, spowita w żałobną czerń, nudną i... cóż, każda inna kobieta wyglądałaby w takim stroju co najmniej ponuro. Każda, ale nie ona. Nawet czarny welon nie potrafił skryć jej żywiołowości. Promieniowała z każdej krzywizny smukłej sylwetki, z podskórnej energii, stłumionej, lecz grożącej wyrwaniem się w każdej chwili na wolność. Wystarczyło, że poruszyła odzianą w rękawiczkę dłonią, by wzbudzić natychmiastowe zainteresowanie w każdym mężczyźnie.
A już na pewno w nim.
Uniosła teatralnym gestem ręce, ujęła odzianymi w czarne skórzane rękawiczki dłońmi skraj welonu i odrzuciła go na upięte wysoko włosy, by mógł zobaczyć jej twarz: rubinowe, pełne usta, godne dłuta rzeźbiarza; wielkie, zielonozłote oczy w kształcie migdałów, zmieniające kolor w zależności od nastroju właścicielki, osadzone nad wysokimi, pięknie ukształtowanymi kośćmi policzkowymi; gęste, ciemne rzęsy, prosty, patrycjuszowski nos, osadzony w owalnej twarzy o idealnej, porcelanowej cerze.
Opis nie oddawał w pełni jej uroku. Twarz Letitii odpowiadała bowiem ideałowi arystokratycznej urody nie tylko ze względu na składające się na nią elementy, ale też przenikającego je ducha.
Tego popołudnia sprawiała wrażenie opanowanej.
Christian zamknął za sobą drzwi.
– Twój ojciec?
Założył, iż ciężka żałoba oznacza, że umarł ojciec Letitii, lord Nunchance. Lecz gdyby głowa rodu Vaux odeszła z tego świata, w towarzystwie huczałoby od plotek. Tymczasem nic o tym nie słyszał, zaś twarz Letitii, z natury blada, nie nosiła znamion smutku. Jeśli już, wyglądała raczej tak, jakby Letitia z trudem panowała nad rozdrażnieniem.
Nie ojciec. Mimo iż członkowie tej rodziny często i spektakularnie się kłócili, Letitia była szczerze przywiązana do swego ekscentrycznego rodzica.
Teraz zmarszczyła idealnie zarysowane, piękne brwi, dając mu do zrozumienia, że okazał się tępy.
– Nie. Nie tatuś.
Dźwięk jej głosu wstrząsnął Christianem. Zapomniał, ile czasu minęło, odkąd słyszał go ostatni raz. Niski, z ledwie słyszalną chrypką, prowokował grzeszne myśli.
Dziś jednak dało się w nim wyczuć przede wszystkim napięcie. Zaczerpnęła głęboko powietrza i wypaliła:
– Randall został zamordowany.
A potem spojrzała mu wreszcie w oczy, jakby wypowiedzenie tych brutalnych słów uwolniło ją z mocy niewiadomego zaklęcia.
– Został zatłuczony na śmierć w swoim gabinecie. Wczoraj w nocy. Służba znalazła zwłoki rankiem, a ci idioci z Bow Street uznali, że to Justin go zamordował.
Christian zamrugał.
– Rozumiem.
Ruszył w głąb pokoju, dając sobie czas na przyswojenie nowiny, a potem usiadł przy kominku. Lord Justin Vaux był młodszym bratem Letitii. Zważywszy, iż ona liczyła sobie teraz blisko dwadzieścia dziewięć lat, Justin musiał mieć ich dwadzieścia sześć. Rodzeństwo było bardzo zżyte, i to od najwcześniejszych lat.
– A co na to Justin?
– Na tym polega problem; zniknął i nie wiadomo, gdzie jest. Władze zaś, miast go poszukać, uznały, iż doskonale nada się na kozła ofiarnego. Nie wątpię, że okrzyknęli go już zbrodniarzem i rozpoczęli pogoń.